Los czy może przypadek prowadził ją jednak w sposób nie
omylny. W latach 1957-59 pracowała w spółdzielni farma-
ceutycznej wraz z łuczniczką warszawskiej „Syreny", Mali-
nowską, która zdecydowała się zakończyć już czynną karie-,
rę. Klub zobligował ją jednak do wyszukania zastępczyni.-
Malinowska zwróciła się więc do Szydłowskiej. W ten sposób
dokonało się kolejne, ostatnie już wcielenie pani Ireny. Bar
dziej niż namowom, wizjom rzekomo łatwych sukcesów, ule
gła jednak sobie. Decyzja wszak była niełatwa. Miała 31 lat
i próba powrotu do czynnej kariery w nowym wydaniu wy-
dawała się szaleństwem, przedsięwzięciem z góry skazanym
na klęskę.
Na początku był wstyd... I wtedy, gdy stawała z dziećmi do pierwszych treningów i podczas zawodów, gdy kierowana niewprawną ręką strzała mijała raz po raz tarczę. Wielu machnęłoby ręką, zrezygnowałoby, ale nie Szydłowska. W jej przypadku reakcja była odmienna. Zacisnęła zęby, ciężko przepracowała zimę z 1959 na 1960 rok, chociaż - jak sama dzisiaj wspomina - odstręczała ją od łucznictwa jego nieru-chawość, bezruch, w którym nie mieściły się jej żywiołowość i temperament. oprogramowanie pgp | Okna Poznań |
|